Powrót
Powróciłam. Chciałam Was wszystkich przeprosić a w szczególności tych najbliższych, czytelników a także przyjaciół. Nie będę się usprawiedliwiać, bo każdy z Was wie jak wygląda tworzenie opowiadania.
Myślę, że w moim przypadku nie chodziło o jakiś brak weny twórczej, na to opuszczenie wpłyneły inne sprawy. Mam kilka nowych koncepcji odnośnie tej historii i jestem pewna, że w związku z wakacjami uda mi się je wprowadzić w życie, w losy Alicji:)
U mnie dużo się zmieniło, myślę, że będzie to miało kluczowy wpływ na opowiadanie, mam zamiar trochę zmienić jego styl.
Odwiedziłam wszystkie blogi - przeczytałam zaniedbane dalsze części twórczości. Wszystkie są stale niesamowite, ciekawe. Macie wspaniałe pomysły.
Zasmuciło mnie to, że bardzo wiele osób zamknęło/zawiesiło blogi. Oczywiście rozumiem Was, po prostu życie czasami zmusza nas do zmian. Jednak mimo wszystko szkoda, że to już koniec u wielu osób. Może kiedyś powrócicie do pisania?
Ja nowy rozdział planuje dodać już niedługo, gdy tylko poskładam go w spójną całość i doszliwuje błędy.
A więc pozdrawiam Was wszystkich bardzo gorąco, wiosennie, wakacyjnie.
Mam nadzieję, że grono blogów Tolkienowskiego świata nie zaniknie, że będzie nadal trwało, że ludzie będą trwali w przyjaźni a twórczość będzie coraz lepsza:)
Przepraszam za pewne nieposkładanie tej informacji, ale musiałam od czegoś zacząć. A jest mi niezmiernie przykro i w ogóle czuję się fatalnie, że straciłam kontakt z tyloma wspaniałymi osobami. Mam nadzieję, że uda się go nawiązać ponownie po tym dłuższym czasie.

Pozdrawiam Was wszystkich kochani jeszcze raz bardzo serdecznie. I bardzo cieszę sie z tego że do Was wracam.

the-white-wizard 2007-06-29 14:14:26
skomentuj (8)


Początek podróży
Nowa część historii:)
Zmienia się ona pod różnymi wpływami, postanowiłam wprowadzić w nią trochę ironii:)i kilku innych spraw, ale to zobaczycie :D
Jak już napewno wiecie, została ona połączona z losami dzielnej wojowniczki Faelwen.
Zapraszam do czytania:)


***


I nastał nowy dzień w królestwie elfów. Piękny, jasny dzień. Otworzyłam oczy i spojrzałam ku oknie. W tym samym momencie poczułam czyjś wzrok na sobie. Odwróciłam się gwałtownie. Na fotelu siedział Naur.
Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam na niego ze złością.
- Długo już siedzisz w ten sposób? – próbowałam nadać swemu głosowi przemiły ton.
- Nie. Kilka chwil. Nie miałem sumienia cię budzić, tak słodko spałaś.
Pokręciłam głową ze złością, lecz po chwili nie mogłam stłumić śmiechu i roześmiałam się serdecznie.
- Przybyłem, aby ci coś powiedzieć. Zadecydowaliśmy o pewnych kwestiach z Gandalfem i Elrondem.
- Odbyła się jakaś narada? – spytałam z ciekawością.
- Nie, to nie była narada. Rozmowa. Zadecydowaliśmy gdzie kto się uda powiadamiać ludzi o niebezpieczeństwie..
Kiwnęłam głową ze zrozumieniem i wyczekiwałam, kiedy czarodziej powie gdzież to ja się udam.
- Nic z tych rzeczy, Alicjo. – odparł Naur do moich myśli, co często robił Gandalf, co niejako mnie zdenerwowało, gdyż nigdy nie wyraziłam zgody ani chęci żeby to robił. Zostaniesz w Rivendell. Tu będziesz bezpieczna.
Spojrzałam na Naura ironicznie i prychnęłam z dezaprobatą.
- Nie jestem księżniczką. Poradzę sobie, tylko podaj mi cel mojej podróży.
Czarodziej ze spokojem pokręcił głową i chciał coś powiedzieć, gdy drzwi się otworzyły i do komnaty ze spokojem wszedł Gandalf.
- Lothlorien.
- Lothlorien? Gandalfie, wybacz, ale nie wydaje mi się, że oni w L..
Czarodziej podniósł dłoń wstrzymując mnie od dalszego wywodu.
- Mnie, natomiast się nie wydaje, że możesz podążać sama do Isengardu czy Gondoru. W Lorien spotkamy się i wtedy razem wyruszymy do jakiegoś, większego celu. Twoja podróż do Lorien, także będzie miała swoje przeznaczenie. I mimo wszystko uważam, że i tak jest to droga niebezpieczna, ale wiem, że sobie poradzisz. Nigdy nie stawiaj sobie przeszkód, które wyraźnie przekraczają twoje możliwości i z góry są zdane na niepowodzenie. Po co? – skończył czarodziej z pewną miną.
Wiedział, iż mnie przekonał. Skinęłam głową. Podszedł, więc do mnie z uśmiechem i podał mi pewną buteleczkę. Była ona wypełniona perlistym płynem, który mienił się w świetle. Nazwał go, księżycowym lekarstwem. Powiedział, iż Pani Galadriel władczyni Lothlorien bardzo go potrzebuje.. Zrozumiałam. Tak więc miałam go Jej dostarczyć. Teraz gdy już wiedziałam, iż moja podróż ma swój cel uśmiechnęłam się promiennie. Gandalf zawtórował mi i powiedział, iż cieszy się, że zrozumiałam przesłanie.
A gdy pomyślałam o samym Lorien.. Najpiękniejszym kraju elfickim. Tak, zdecydowanie chciałam go zobaczyć. Sławiony przez wszelkie istoty, które mogły tam być. Znany mi, jak dotąd tylko z opowieści Gandalfa. Opowieści o Białej Pani i pięknie kwitnących mallornach.. Bardzo pragnęłam to zobaczyć. Tak więc, po kilku chwilach rozmów i tłumaczeń jak poprawnie tam dotrzeć, gdy już Gandalf wyposażył mnie w mapę i kilka innych ważnych drobiazgów, nadszedł czas pożegnania. Przytuliliśmy się więc do siebie na pożegnanie i życzyliśmy sobie nawzajem bezpiecznej drogi. Odtąd mieliśmy zobaczyć się w Lorien. Gandalf z synem zeszli po schodach i udali się na dziedziniec, zawzięcie dyskutując na jakiś temat. Po chwili wsiedli na swe wierzchowce i z ogromną prędkością ruszyli ku zachodowi. Westchnęłam cicho. Teraz, musiałam sama zadecydować o wyjeździe. Nie spieszyłam się więc zbytnio. Wybiegłam do ogrodu. Postanowiłam zostać jeszcze przez jakiś czas w Rivendell. Przechadzałam się pomiędzy drzewami, śpiewając radosne pieśni. Ach, Imladris! Drzewa stały dumnie, majestatycznie pochylając się ku sobie, muskane przez delikatne podmuchy wiatru. Zamknęłam oczy. Było to tak przecudne miejsce, że trudno było mi sobie wyobrazić piękniejszy kraj. Mimo to, byłam pewna, że takie właśnie jest Lothlorien. Nie opisywalne. Nagle usłyszałam za sobą czyjeś kroki.
- Faelwen! – wykrzyknęłam radośnie.
Pomachała mi z uśmiechem, lecz jej mina nie była już taka radosna. Kiedy podeszła do mnie spojrzałam głęboko w jej oczy. Były jakieś inne, jakby nie mogła do końca się z czymś pogodzić. Dotknęłam jej ramienia z troską i zapytałam:
- Cóż się stało?
Elfka westchnęła.
- Mam być w eskorcie osób pilnujących księżniczkę Arwen w podróży do Lothlorien. – odparła z krzywym uśmiechem.
- Ale czemuż.. Czy ona nie może się sama popilnować? – wyrwało mi się niekulturalnie.
Faelwen zaśmiała się serdecznie. Zaproponowała, iż abyśmy się przeszły, a więc chwyciłam ją pod depo i ruszyłyśmy. Rozmawiałyśmy długo i w końcu doszłam do wniosku i bardzo chętnie podążę z nią do Lothlorien. Następnego dnia, Faelwen obudziła mnie rano pięknym uśmiechem. Przypomniała, iż czas już na nas. Tak, więc kroczyłyśmy ku dziedzińcowi, rozmawiając.
- Droga Faelwen, nie dokończyłyśmy naszej wczorajszej rozmowy. Miałaś powiedzieć mi coś o tej księżniczce. – zwróciłam się do przyjaciółki z uśmiechem.
Elfka kiwnęła głową i zaczęła.
- Widzisz.. Zazwyczaj księżniczki podróżują z eskortą, lecz Arwen jest niejako..
- Przedelikacona? – podsunęłam z ciekawością.
- Tak, właśnie. – odparła z uśmiechem. – To miałam powiedzieć.
Siadłyśmy na kamiennych schodach oczekując na księżniczkę, która spóźniała się już około godziny. Faelwen zażartowała, iż to przez to, że księżniczka nie lubi wstawać zbyt wcześnie ze względu na cerę.. Śmiałyśmy się tak, jednak nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jak wiele jest w tym żarcie prawdy.. Nasze wierzchowce, które stały na dziedzińcu już jakiś czas, spoglądały na nas ciekawie i odrobinę ze zdziwieniem. Zapewne, zastanawiały się na cóż to czekają ich panie.. Po chwili zauważyłam, iż na ramię Faelwen sfrunęła Leithare. Widać było, że bardzo pokochała swoją wybawczynię i przywiązała się do niej niesłychanie. Siedziała teraz dumnie na jej ramieniu i delikatnie skubała szatę elfki.
Wstałam ze schodów i podeszłam do mojego rumaka. Na czubku jego siodła siedział dumnie mały orzełek. „Ach, chyba jeszcze trochę poczekamy”- szepnęłam do zwierzęcia i delikatnie wzięłam go na ręce, po czym wróciłam na schody. Księżniczka cały czas nie pojawiała się, a więc wraz z Faelwen rozmawiałyśmy śmiejąc się.
- W istocie, zastanawiało mnie czemuż przy tak licznej eskorcie fatygować jeszcze ciebie.. Pan Elrond musi bardzo cię cenić- powiedziałam z podziwem.
Elfka nie odparła, gdyż w tym samym momencie na dziedzińcu pojawiła się księżniczka z eskortą. Posłała mi tylko ironiczny uśmiech, który wskazywał, iż porozmawiamy o tym później. Na widok księżniczki, wszyscy ukłonili się nisko. Uczyniłam to samo, lecz wcale nie miałam na to ochoty.. Po chwili, zdałam sobie sprawę, iż zdanie Faelwen na temat Arwen, niczym nie różni się od mojego.
- Zdecydowanie nie odpowiada mi ta godzina wstawania. O tej godzinie mogą wstawać jakieś dwórki, ale nie ja! – powiedziała nadąsana księżniczka poprawiając ciężki diadem na głowie.
- Pani, ależ tak zlecił Pan Elrond..
- A czyimi jesteście dwórkami, jego czy moimi? – odparła ze złością.
I tak, zaczęła się nasza podróż.. Delikatnie pogładziłam orzełka po małej główce i posłałam uśmiech Faelwen.
- Jaśnie księżniczka nie wstała dzisiaj w wyjątkowo wybornym humorze..- szepnęła z przekąsem Faelwen.
- Najwidoczniej.
Och! Zaczynałam rozumieć obawy mojej przyjaciółki, co do ciężkości tej podróży.. I to bynajmniej nie z powodu niebezpieczeństw..

the-white-wizard 2006-01-31 14:49:14
skomentuj (20)
Rivendell i ... Nowa znajomość
Moja wina! :)
A właściwie mojego komputera, a jeszcze precyzyjniej(fragment dla wnikliwych:D) mojego internetu!:)
Ale jakimś cudem udało mi się wklepać w niego nowy rozdział.
Co tu dużo mówić, zapraszam Was kochani:)..

***

Następnego ranka, kiedy wstałam, pierwszą rzeczą, którą zapragnęłam zrobić było opowiedzenie o tym, co wydarzyło się wieczorem, Gandafowi.
Pobiegłam, zatem wartko do jego komnaty i z przejęciem zrelacjonowałam przebieg wydarzeń. Towarzysz zasępił się. Jego przepiękne jasnobłękitne oczy, nabrały mętnego wyrazu, jakby zostały osłonione cieniem jakiejś mrocznej wizji. Widać było, że było to coś, z czym nie potrafił się pogodzić, coś, co niesamowicie go martwiło.. Czarodziej westchnął.
- Musimy jak najprędzej znaleźć się w Rivendell.
Nie rozumiałam, ale kiwnęłam głową i udałam się do komnaty po bagaże. Wychodząc z wieży, natknęłam się na Naura. Siodłał właśnie swego wierzchowca. Czarny rumak stał spokojnie tylko od czasu do czasu odrzucając swoją bujną grzywę na drugi bok. Czarodziej zapiął popręg od siodła wierzchowcowi i poklepał go po szyi. Nagle, wierzchowiec zaczął się denerwować. Stanął dęba, zaczął nerwowo się rozglądać, drżeć..
-Ælle nog Fæste, fæste, ælle nog, and stilla,Lac is drefed, gefrægon – powiedział Naur po elficku ze spokojem. – Cień spowił jego umysł- wyjaśnił.
Mrugnęłam oczami ze zrozumieniem i pogładziłam grzywę konia delikatnie przytulając się do jego szyi. Gdy wypuściłam zwierzę z objęć, odniosłam wrażenie, iż uspokoiło się ono wyraźnie; tak, więc, udałam się ku stajni przygotować do drogi Cienistogrzywego.


Jednak, gdy podeszłam do celu, naprzeciw wyszedł mi pewien panicz. Z uśmiechem podał mi wodze. Odwzajemniłam uśmiech, podziękowałam i powolnym krokiem udałam się z powrotem na dziedziniec. Zobaczyłam, iż Gandalf i Naur są gotowi, tak, więc, oczekiwali tylko na mnie.
- Więc jesteśmy w komplecie. Ruszajmy! – powiedział zachęcająco Gandalf, jednak widać było, iż dużo kosztowało go aby zdobyć się na taki ton.
I ruszyliśmy. Podróż była w istocie bardzo długa. Niebo wyglądało na wyjątkowo gniewne i nasze serca spowiły złe przeczucia.
- Ciemność rośnie w siłę- wycedził przez zęby Naur rozglądając się nerwowo wokół siebie.
- Musimy przyspieszyć tempa. Zło czai się w pobliżu i oboje- tutaj spojrzał po naszych twarzach- doskonale o tym wiecie..- dokończył szeptem.
Tak, więc przedzieraliśmy się przez nie rozjaśnione żadnym blaskiem wrogie ciemności. Jedynie od czasu do czasu niebo rozdzierały blaski piorunów. Dzięki temu, widzieliśmy drogę. Deszcz lał niemiłosiernie. Każda próba schowania się przed uderzającymi nasze twarze rozpędzonymi strumieniami wody spełzała na niczym. Byliśmy przemoknięci i zmarznięci. Ciężko było nam kolejne godziny brnąć przez gąszcz lasu i walczyć z rozwścieczonym wiatrem. W pewnym momencie konie nie wytrzymały. Mogliśmy walczyć dalej z pogodą, ale musieliśmy brać pozór na zwierzęta. Zwierzęta, które teraz zgodnie stały i wpatrywały się w ziemie, ciężko łapiąc powietrze. Odwróciłam się do Gandalf.
- Nie możemy jechać dalej!- wykrzyknęłam do czarodzieja przekrzykując rozdzierający niebo grzmot.
Mithrandir pokręcił głową.
- Nie możemy się teraz zatrzymać!- odkrzyknął.
- Konie tego nie wytrzymają. – powiedział posępnie Naur do Gandalfa, kiedy zbliżyliśmy się do siebie na taką odległość, aby móc porozmawiać.
- Wiem o tym. Nie pouczaj mnie, synu- odparł karcąco czarodziej. – Jednak to bardzo niebezpieczne- westchnął i spojrzał ku wierzchowcom. Tylko ze względu na nie- zadecydował.
Zeszliśmy z koni. Szybkim ruchem zdjęłam bagaże z Cienistogrzywego i otworzyłam jeden z nich. Z niego wyjęłam ogromny koc, którym otuliłam szczelnie konia. Pogładziłam delikatnie jego chrapy i po chwili, wiedząc, iż czarodzieje także otulili zwierzęta ciepłymi tkaninami, przykucnęłam z boku i zaczęłam rozpalać ognisko dwoma krzesiwkami wyjętymi z bagażu. Po chwili siedzieliśmy w trójkę i spożywając lembasy ocieplaliśmy się przy ognisku. Konie, kiedy dostały nieco siana i poczuły błogą falę ciepła, zostały zmożone przez sen. Nie było nam układnie je budzić. Chcieliśmy, aby chodź trochę odpoczęły od podróży i zregenerowały siły. Tak, więc, postanowiliśmy przedłużyć postój.
Patrzyłam z zadumą w radosne języki ognia. Wiedziałam, że w Rivendell wiele się wyjaśni. Miałam taką nadzieję. Cieszyłam się także, że i my trochę odpoczniemy. W porównaniu z komnatami w Orthanku, zdecydowanie bezpieczniej i pewniej czulibyśmy się w Imladris.
Po jakimś czasie, Gandalf zarządził, iż ruszamy w dalszą drogę. Nie była ona na szczęście tak męcząca, ani zaskakująca jak poprzednia jej część. Mknęliśmy szybko. W jakimś momencie, zaczęło mi się zdawać, iż słońce wychodzi zza chmur.
- To już ranek..- szepnęłam z ulgą.
Gandalf spojrzał na mnie i pokręcił głową.
- Jasność dworu elfów rozświetla nam drogę w ciemnościach.
I faktycznie. Po niedługiej drodze dotarliśmy na miejsce. Zobaczyliśmy Rivendell. Niesamowite. Jasne, mimo nocy. Rozświetlone milionami lampionów. Usłyszeliśmy krystaliczny śpiew elfów. Byliśmy jeszcze odrobinę za daleko, bym mogła wywnioskować cóż to była za pieśń. Kiedy jednak podjechaliśmy bliżej, zorientowałam się, iż śpiewają pieśń pochwalną Elbereth. Uśmiechnęłam się ciepło, bo poczułam Rivendell całą sobą. Włączyłam się do pieśni na słowa „ silivren penna miriel..”. Tak bardzo kochałam śpiew. Zaczęłam cichutko śpiewać dalszą część pieśni. Naur spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
- Jakże piękny, krystaliczny jest głos twój, pani! Zarzekłbym się, gdybym to cię nie widział, iż śpiewa to jakiś przepiękny elf, lub gra bajeczna harfa!
- Dziękuję, ci, Panie- szepnęłam z zawstydzeniem. – To piękny komplement.
Gandalf uśmiechnął się do nas ciepło i powiedział.
- Użyjmy naszym wierzchowcom. Powinniśmy im być wdzięczni- droga nie była łatwa. Poza tym, tutaj nie warto się spieszyć. Sami chyba o tym wiecie.. – mrugnął porozumiewawczo.
Wiedzieliśmy.
Szum wodospadów mieszał się mistycznie z głosami elfów tak, iż nieraz trudno było rozróżnić, czy to natura, czy oni śpiewają..
Liście majestatycznie majaczyły nam pod nogami. Nasze szaty, wydawały się płynąć po moście, tak wspaniale oświetlonym. Naprzeciw wyszedł nam jeden z elfów i ukłonił się nisko.
- Witajcie w Rivendell – powiedział z uśmiechem. Pan, oczekiwał was już od południa. Widziałem, iż wiadomość, o waszym przyjeździe raduje jego serce. Chwała tym, którzy przynoszą tu uśmiech a nie problemy, a także tym, którzy swoją obecnością potrafią rozweselić Jego serce.
Gandalf westchnął i jak gdyby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.
- Dziękujemy ci, Emunie. Nas także cieszy to, że Elbereth nas tu przywiodła..
Elf ponownie się ukłonił i wskazał ręką, abyśmy podążali za nim. W ręku dzierżył lampion, który rozświetlał nam drogę. Kiedy dotarliśmy do komnat, byliśmy bardzo zmęczeni. Po rozpakowaniu bagaży, zasnęliśmy w swoich komnatach..

***
Promienie słoneczne delikatnie prześwitywały przez rzeźbione okno mojej komnaty. Złożyły też pocałunek na mojej twarzy. Przebudziłam się. Cieszyła mnie moja obecność w Imladris. Wreszcie, naprawdę nie czułam oddziaływania złych sił.

***
Po śniadaniu, kiedy jasność promieni wskazywała na południe, postanowiłam znaleźć Pana Elronda. Kiedy opowiedziałam, Gandalfowi, o małym orlątku z uśmiechem powiedział, iż nigdzie nie będzie mu lepiej, niż u władcy Imlardis. Czas, więc był najwyższy, aby znaleźć dla niego schronienie.
Tak, więc, pierwszym miejscem, do którego się udałam była Sala Kominkowa. Byłam pewna, iż przebywa on tam. Kiedy, będąc dzieckiem odwiedzałam Rivendell, zasiadywał on tam, słuchając śpiewów i opowieści przybyszów. Otworzyłam, więc drzwi i odrobinę nieśmiało zajrzałam do środka. Nie było tam jednak Elronda. Zastałam tam pewną piękną kobietę. Przybrana była w niebiesko-białe szaty. Jej piękne, kasztanowe włosy delikatnie opadały na ramiona. Jasność, pewność i spokój jej spojrzenia doprowadziły mnie do wniosku, iż była elfem. Nieznajoma uśmiechnęła się. Wybiła mnie tym samym, ze swego rodzaju transu. Po chwili, zdałam sobie sprawę ze śmieszności sytuacji – wpatrywałam się w nią przecież jak w obraz! Było to jednak uzasadnione, ze względu na, jak już wspominałam, niesamowitą, elficką urodę. „zapewne jest spokrewniona z Panem Elrondem!” – pomyślałam. Po chwili jednak, przypomniałam sobie cel, który przyświecał mi, gdy zmierzałam do tej Sali. Zamrugałam oczyma i uśmiechnęłam się do kobiety.
- Przepraszam.. Szukam Pana Elronda. Czy wie Pani może, gdzie może przebywać?
Kobieta z pewnym zawiedzeniem powiedziała, iż jest on na naradzie. Była bardzo miła, spytała, czy może mi w jakiś sposób pomóc. Opowiedziałam jej o znalezionym przeze mnie orlątku. Los chciał, że ona także niedawno, znalazła rannego ptaka... Zmarszczyłam brwi. To wyglądało podejrzanie. Moja towarzyszka przytaknęła mi, ale nie skomentowała tych wydarzeń. Powiedziała tylko, że przygotowała starą sokolarnię i że właśnie tam możemy umieścić ptaki. Udałyśmy się, zatem do jej komnaty po sokolicę, a potem do mojej po orlątko. Kiedy zaczęłyśmy rozmawiać, podczas spaceru do przyszłego miejsca zamieszkania naszych ptaków, dowiedziałam się, że ma na imię Faelwen. Kiedy spytała mnie, o moje imię zamyśliłam się odrobinę. Zwykle, ludzie mawiali na mnie Alicja. Jednak pośród elfów, szybko rozpowszechniło się moje imię Isilnya. Tak, więc powiedziałam z uśmiechem:
- Isilnya.
- Tak przypuszczałam, iż twe imię także brzmi po elficku..- odparła delikatnie uśmiechając się towarzyszka.
W końcu, dotarłyśmy do sokolarni. Była ona piękna- kształty rzeźbione w drewnie wskazywały na misterną pracę elfów. Słońce wpadało tam w piękny sposób, jakby chciało tańczyć pomiędzy rzeźbieniami..
Faelwen umieściła sokolicę w jej nowym mieszkaniu.
- Jakże ona jest niesamowita! – krzyknęłam ze zdumieniem, bo dopiero teraz zobaczyłam ptaka w całej okazałości.
Kobieta powiedziała, iż nazwała ją Leithare. W języku elfów, oznaczało to „Wolna”.
Imię było piękne i doskonale dopasowane do zwierzęcia. Szepnęłam jeszcze raz „niesamowita”..
Kiedy Faelwen umieściła małego orła koło sokolicy, obie odrobinę martwiłyśmy się czy i jak go przyjmie. Leithare spisała się jednak świetnie – swoim śnieżnobiałym skrzydłem przytuliła orzełka do siebie. Wraz z elfką wzruszyłyśmy się. Był to piękny obrazek i tym samym wiedziałam, że ptakowi będzie dobrze. Opuściłyśmy sokolarnię i ciepło pożegnałyśmy się. „To bardzo miła kobieta”- szepnęłam właściwie sama do siebie.
Teraz, gdy wiedziałam już, że orzeł jest bezpieczny, postanowiłam przejść się kawałek. Poszłam do wodospadu.
Woda spadała z ogromną prędkością. Był taki czysty, świeży. Uklęknęłam przy nim i zanurzyłam dłonie. Słońce grzało niemiłosiernie. Poczułam jasność i dobro.
Rivendell.

the-white-wizard 2006-01-07 13:37:44
skomentuj (14)
Dziwny incydent w pobliżu Fangornu..
Moi Kochani!
Bardzo przepraszam za tak długą przerwę:( Była ona spowodowana długim brakiem komputera, tak więc i internetu. Bardzo stęskniłam się za każdym z Was z osobna i za wszystkimi razem. Baardzoo się cieszę, że mogę znów tu powrócić z nową częścią tej historii..
Dedyk dla wszystkich stworzonek, dla których nie było dydyka w poprzedniej notce.
Proszę Was jednak o wyrozumiałość..Nie było mnie długo i notka nie jest jakims ogromnym szczytem..
No.. To może przestanę juz gadać i przejdę do rzeczy:))
;*
A więc..

***

Szybkim ruchem odwróciłam głowę i kątkiem oka zauważyłam Naura. Uśmiechnęłam się do siebie w duchu. Już drugi raz mnie uratował. Zawsze pojawiał się wtedy, gdy go potrzebowałam. W końcu, o czym czasami zapominałam, był czarodziejem.. Teraz stał w drzwiach i przyglądał się Sarumanowi. Rzeczą, która mnie zaciekawiła było to, iż jego wzrok był zupełnie inny niż zwykle. Nie był zagadkowy, ani ironiczny, jak to często się zdarzało. Był pewny. Chłodny. Wręcz przeszywający. Spoglądał na czarodzieja. Ten, zdziwiony całą sytuacją, zwiesił swą podporę w powietrzu zostawiając mnie zawieszoną parę stóp nad ziemią.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj. – powiedział w zamyśleniu.
- Opuść Ją na ziemię.- wycedził przez zęby Naur.
- Nie. – odparł czarodziej widocznie rozbawiony całym zajściem.
Młodszy czarodziej spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Tamten jednak nie zareagował, uśmiechnął się jedynie zimno i złośliwie. Naur nie czekał już dłużej. Szybko wyciągnął zza pazuchy podporę i wycelował ją w kierunku Sarumana. Istari opadł na ziemię i z jego czoła zaczęły płynąć strużki krwi. Nagle poczułam, iż osuwam się ku dołowi.
- Alicja! – krzyknął Naur i złapał mnie, tym samym ochraniając od upadku.
Spojrzeliśmy nie siebie ze zmieszaniem. I w tym momencie to się stało. Spojrzałam w oczy Naura bardzo głęboko. Były zielone.. Ale to nie była zwyczajna zieleń. Miała kilka odcieni, bardzo nietypowych, nieporównywalnych z niczym istniejącym na ziemi. Od źrenicy zaczynały się najjaśniejsze okręgi, które co trochę stawały się coraz ciemniejsze. Być może było to złudzenie, lecz zobaczyłam srebrzystą obręcz tuż przy samej źrenicy. Przez ten moment świat zdawał się zatrzymać. Nic innego nie istniało. Tylko te oczy. Niesamowite oczy. Po chwili zdałam sobie sprawę z niezręczności sytuacji; wpatrywałam się przecież w Naura jak w obraz. Szybko uciekłam wzrokiem. Czarodziej zrobił to samo. Po chwili, powoli postawił mnie na ziemi, cały czas nie odrywając wzroku od moich oczu.
- Niesamowite. – szepnął po dłuższej chwili.
Spojrzałam na niego pytająco.
- Ach, tak w istocie nie spodziewałam się zdrady.. Ponownej zdrady.. Jakkolwiek, wiadomo jednak, że ta sama historia lubi się powtarzać.. Zdrada Sarumana - chciałam dokończyć, ale czarodziej mi przerwał.
- Nie o tym myślę.. Chciałam powiedzieć o.. O twoich oczach.. Są takie.. Niezwykle. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem takie oczy. One są jak.. Jak – zatrzymał się na chwilę zmieszany, lecz po chwili kontynuował- Jak.. Księżyc w pełni..
Uśmiechnęłam się do Naura, lekko się rumieniąc. Tak, słyszałam już to od kilku istot. Chciałam coś powiedzieć, jednak moje usta poruszyły się kilka razy nieznacznie, nie wydając żadnego dźwięku.
W tym momencie drzwi komnaty otworzyły się, skrzypiąc. Wszedł Gandalf i widząc nasze zmieszane miny odchrząknął.
- Skoro sprawy potoczyły się w ten sposób to.. Moi drodzy. Czeka nas podróż.
Widać, że wiedział. Nie skomentował. Nie zapytał jak to się stało. Po prostu wiedział. Chłodno, z pewnością siebie przyjął ten fakt. Fakt zdrady.
- Gdzież to, się wybieramy i co będzie celem owej podróży, ojcze? – spytał Naur.
- Będziemy podążać do Imladris..
Imladris?! – zapytałam wielce radując się.- To wspaniale! Jakże dawno nie widziałam Pana
Elronda i jego magicznego dworu.. Teraz, skąpany będzie w szumiących złotych liściach i jesiennym słońcu.. Och, jakże się cieszę!
Gandalf zaśmiał się serdecznie.
- Tak, podczas naszej ostatniej rozmowy wspominał o tobie. Zawsze bardzo doceniał twoje umiejętności i a może przede wszystkim, duszę.. Ale, koniec na tym, wy pędem zmierzajcie ku swym komnatom, jutro czeka nas bardzo wyczerpująca podróż.
- Ojcze, a co w związku z..- Naur posłał spojrzenie w kierunku Białego czarodzieja leżącego na ziemie bez ruchu. – Czy.. Coś mu jest?
Gandalf obdarzył Naura krytycznym spojrzeniem i uklęknął w pobliżu leżącego czarodzieja. Cicho, prawie niesłyszalnie wyszeptał trzy stanowcze słowa. Po chwili usłyszeliśmy głos.
- Nic mu nie będzie. Dla spokoju, pozwólmy mu się wyspać do jutrzejszego południa, dopóki nie opuścimy tego miejsca.
Skinęłam w milczeniu głową, lecz Naur zareagował inaczej.
- Ojcze, co z karą? On nas zdradził, przecież musi jakąś ponieść!
- Naurze, nie nasza w tym głowa.. Za kogo się masz? Nie jesteś tym, który ma tu wymierzać kary.. Los się tym zajmie.. Nic w przyrodzie nie zginie.
Naur delikatnie otworzył usta jakby chciał cos powiedzieć, lecz napotykając surowy i nie znoszący sprzeciwu wzrok ojca szybko z tego zrezygnował.
- Życzę wszystkim dobrej nocy- spojrzał po nas Gandalf i kącikiem ust, nieznacznie się uśmiechnął, po czym zszedł po schodach na dół.
Spojrzałam na Naura i wzorując się na Gandalfie zeszłam na dół do swej komnaty. Weszłam do swej komnaty i zaczęłam pakować tobołki. Po około dwudziestu minutach rozejrzałam się po komnacie i mogłam stwierdzić, iż wszystko zostało już spakowane. Usiadłam przy lustrze. Zaczęłam przyglądać się swojemu odbiciu, a konkretniej odbiciu swych oczu. Nigdy nie przyglądałam się im specjalnie, jednak wiele istot twierdziło, iż widzi w nich to, co zobaczył dziś Naur.. Księżyc.. Księżyc w pełni.
- Zwierciadło duszy- szepnęłam głucho w ciszę pokoju.
Po chwili wstałam. Poczułam, iż bardzo potrzebuję świeżego, chłodnego powietrza. Otworzyłam tobołek i wyjęłam długi, ciemnogranatowy, a właściwie wpadający w czerń płaszcz, na którego brzegach wyszyte były srebrzystą nicią, piękne, elfickie wzory. Szybkim ruchem założyłam go na siebie i zdmuchując palące się jeszcze świece opuściłam komnatę. Dość prędko zbiegłam po schodach wieży i w końcu dotarłam do wyjścia. Wybiegłam na zewnątrz. Mocny powiew powietrza uderzył moją twarz rozwiewając kruczoczarne włosy.
Noc była chłodna i ciemna. Gdzieś, daleko, schowany był księżyc, który delikatnym spojrzeniem otulał skąpaną w ciemnościach naturę. Po chwili ujrzałam, iż podąża ku mnie, roztaczając wokół siebie świetlistą poświatę wierzchowiec. Był to Cienistogrzywy. Uśmiechnęłam się promiennie i kiedy zbliżyliśmy się do siebie dotknęłam delikatnie jego srebrzystej grzywy.. Tak dobrze się rozumieliśmy. Wiedział o tym, iż stoję tu, przed wieżą, sama, w towarzystwie jedynie ciemnej nocy. Położyłam głowę na szyi konia i objęłam ją delikatnie rękoma. Po chwili ręce samoistnie przesunęły mi się wyżej i podniosłam się z ziemi, znajdując się na grzbiecie konia. Cienistogrzywy ruszył powoli w kierunku lasu. Z czasem, księżyc wydawał się odsłaniać swe oblicze, zasłonione uprzednio chmurami. I nagle ciszę nocy przerwały jakiś dźwięk, jakby pisk ptaka. Nie był to radosny dźwięk. Zatrzymałam się i nasłuchując rozejrzałam się dookoła siebie. Nic się nie wydarzyło. Ruszyliśmy z Cienistogrzywym powolnym stępem przed siebie. Nagle ujrzałam i dużej wielkości gniazdo spada z jednego z większych drzew. Teraz, szybkim już krokiem popędziliśmy w tym kierunku. Zsiadłam z wierzchowca i zaczęłam iść przed siebie rozglądając się uważnie po trawie. I nagle zobaczyłam jakieś ogromne stworzenie. Prawdopodobnie był to ptak. Nie widziałam jednak zbyt wiele, gdyż otaczające nas ciemności nieubłaganie, pomimo całego zajścia nie chciały ani trochę ustąpić. Zauważyłam, iż obok mnie leżą suche gałęzie. Wiedziałam, iż znajduję się w pobliżu Fangornu. Bardzo frapowałam się, czy zapalić jedną z nich, ale w końcu w ostatecznym rozrachunku doszłam do wniosku, iż przecież jest to sucha gałąź, która być może, opadła samoistnie z drzewa.. Wyjęłam krzesiwko i odpaliłam grubą, suchą gałąź. Podeszłam bliżej do ptaka i uklęknęłam. Dzięki pochodni zauważyłam, iż jest to Orzeł. Ptak jednak, leżał bez ruchu. Być może jest ranny – pomyślałam i delikatnie przewróciłam go tak, abym mogła zobaczyć jego przód. Oniemiałam. Ujrzałam, iż ptak nie żyje. Był przebity trzema strzałami. „Jak mogłam ich nie dojrzeć?” – skarciłam siebie w duchu. Wstałam ociężale i zauważyłam, że niecałe cztery metry dalej, leży kolejny Orzeł, także przebity trzema strzałami. Zacisnęłam usta, gdyż czułam, że ogromna gula rośnie w moim gardle. Zrobiło mi się bardzo żal tych wspaniałych ptaków, które ktoś skrzywdził tak brutalny sposób. Przyjrzałam się strzałom. Były dość dziwne; Bardzo podobne do używanych, przez uruk-hai lecz o wiele grubsze i masywniejsze. Zauważyłam, iż jedna z nich leży obok gniazda, tak jakby wypadła z kołczanu. Chwyciłam ją i schowałam pod płaszcz. I nagle usłyszałam podobne dźwięki jak wtedy, gdy tu przybyłam. Zorientowałam się, iż dochodzą z gniazda. Podeszłam do niego i po raz kolejny odsłoniłam dłonią. Tamtejszy widok przyprawił mnie o jeszcze większą falę smutku. Zobaczyłam małego Orła. Był prześliczny. Przyjrzałam mu się badawczo, ale nie zauważyłam żadnych znaków zranienia. Odetchnęłam z ulgą. „To pewnie Twoi rodzice”- pomyślałam ze smutkiem. Wiedziałam, iż nie mogę zostawić małego Orzełka samego w tym miejscu. Po ranach dorosłych osobników wywnioskowałam, iż napastnicy mogą być w pobliżu. Niewiele myśląc wyciągnęłam delikatnie rękę do Orła. Ten, spojrzał na mnie nieufnie. Postanowiłam wykonać pierwszy krok. Dotknęłam delikatnie palcem małej główki zwierzęcia. Orzeł spojrzał na mnie jeszcze kilka razy badawczo i po chwili zdecydował się. Swoimi małymi łapkami wgramolił się na moją rękę, a następnie wszedł do rękawa, w którym wygodnie się rozgościł. Nagle, usłyszałam stukot kopyt jakichś zwierząt i chrapliwe głosy podobne do głosów orków. Wiedziałam, że nie ma czasu do stracenia. Szybko zgasiłam pochodnię o ziemię i spojrzałam ostatni raz na Orły, po czym szybko i zwinnie wskoczyłam na Cienistogrzywego i galopem ruszyliśmy ku wieży..

the-white-wizard 2005-11-12 16:07:22
skomentuj (14)
Prawdziwe oblicze Sarumana..
A więc - nowa notka:)
Muszę powiedzieć, że wszystkie moje kochane istotki są taakie ciekawe kto jest matką Naura..Hmm...On sam nie.. A z resztą:D Przeczytajcie:)
Strasznie, przeraźliwie długa, ale myślę, że warto przeczytać:D
Jak będzie bardzo ciężko, to proponuje podzielic na dwie części. Dziękuje bardzo za komentarze przy tamtej części mojej opowieści. Dedyk dla.. Ojej;) :
* Lady Galadriel/Faelwen(Już wróciłaś!:)Jupiii!:D)
* Lothrona
* Amereth
* Luthien Anarion
* Lady Undomiel/Almarei/Arya :)
* Altharias
* Egleriel
* Arven Light of Gondor
* Auril(Powodzenia w prowadzeniu nowej historii..)
* A dla reszty będzie dedyk w następnej notce - nie ma tak dobrze;D
A tak na poważnie całą resztę też pozdrawiam;* i dedykuję im notkę:)
Już koniec:D
Już można czytać..:D

***

Cofnęłam się i oparłam dłońmi o mur wieży. Mój wzrok skakał z Gandalfa na Naura i z powrotem. Przez chwilę wpatrywałam się w nich, lecz po chwili nogi mimowolnie się pode mną ugięły i „zjechałam” po ścianie. Zaczęłam się im uważnie przyglądać. Tak, faktycznie. Te oczy. Spojrzenie. I.. Sposób mówienia. Te zagadki. Byli bardzo podobni. Właściwie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej. Przecież istotnie było widać podobieństwo. Jeśli Naur nie byłby synem Gandalfa, kim zatem by był? To zdawało się być logiczne, a więc tym bardziej spojrzałam na swoją postać krytycznie. Zbyt płytko obejmowałam sytuację.
Zaniemówiłam. Po chwili skojarzyłam, że te magiczne zioła, którymi leczył moje ramię Naur to zioła czarodziei. Valia.
Gandalf spojrzał na mnie z rozbawieniem i powiedział jeszcze na odchodnym:
- Życie ma przed nami wiele tajemnic, Alicjo. Czasami lepiej, że zostaną zgłębione później niż wcześniej..
Mithrandir odwrócił się i zszedł spokojnie po schodach. Zostałam sama z Naurem.
- Nie spodziewałaś się, prawda?
- Nie..
Naur uśmiechnął się kącikiem ust i chciał zejść już do swej komnaty, lecz zatrzymałam go.
- Naur?
- Tak?
- Ja wiem.. Ja wiem, że to jest nie na miejscu i że nie powinnam.. Ale.. Kto jest twoją matką?
Czarodziej uśmiechnął się i spojrzał na mnie w zamyśleniu.
- Nie wiem. Nigdy jej nie widziałem.
- Ale.. Jak to?
- Po prostu. Wybacz, ale cię opuszczę.
Po tych słowach wbił wzrok w podłogę i zszedł na dół po schodach. Po chwili zrobiło mi się bardzo przykro. Nie pomyślałam, pytając Naura o matkę.. Być może ten temat go boli? Po chwili spojrzałam na swoja postać wyjątkowo krytycznie. Chciałam zbiec po tych samych schodach i wejść do jego komnaty, przeprosić go. Zrozumiałam już, czemu nieustanne pytania otoczenia tak irytują czarodziei.. Nagle stało się to dla mnie jasne i wręcz zabolało mnie, że zdarzało mi się tak dopytywać i chcieć wiedzieć więcej.. Czarodzieje doskonale wiedzą, co i kiedy mówią..
Być może typową reakcją na dowiedzenie się takiego faktu byłaby złość. Nie, ja nie byłam zła. Wręcz przeciwnie. Oczywiście moje zdziwienie sięgało zenitu, ale nie potrafiłam być zła na kogokolwiek. Nie mogłam przecież wbiec do komnaty Gandalfa i krzyknąć, „dlaczego dowiaduje się dopiero teraz?!”. Zrozumiałam wreszcie, że miał w tym jakiś cel, że nie powiedział mi o Naurze, po prostu wiedział, co robi. Było to przemyślane. Czarodzieje są zupełnie inni niż ludzie. Nie można ich porównywać. Gandalf kiedyś opowiadał mi, że gdy widział się z Frodem, to hobbit ten powiedział, iż jest spóźniony. Oczywiście żartował. Teraz odnalazłam tę sytuację w głowie i jak sobie przypomniałam Gandalf odpowiedział, że czarodziej nigdy się nie spóźnia. Że jest na miejscu dokładnie, kiedy tego chce.
I dzięki temu wydarzeniu, mogłam umocnić mój rodzący się pogląd. Rozumiałam doskonale. Nie potrzebowałam o nic pytać. To był ważny moment.


* * *

Jasne, słoneczne promienie wpłynęły do mojej komnaty poprzez otwarte okna, wypełniając ją całkowicie. Zrobiło się zupełnie jasno. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po komnacie, po czym wstałam i podeszłam do lustra. Podniosłam piękny pozłacany grzebień i chciałam nim uczesać włosy, lecz kiedy spojrzałam w lustro, zobaczyłam w jego odbiciu czyjąś postać. Odwróciłam się szybko i spojrzałam w tamtym kierunku. Stał tam Naur.
- Zaskoczona? – spytał z uśmiechem.
- Nie.. Znaczy tak.. Naur, co ty tu robisz? – spytałam odrobinę zła i zdenerwowana tą sytuacją.
- Przyszedłem po ciebie. Śniadanie już się zaczyna.
- Bardzo mi miło, że o mnie pomyślałeś, ale może być zapukał, tak na przyszłość?- spojrzałam pytająco.
Naur uśmiechnął się, po czym wyszedł.
Po chwili przygotowań, ja także opuściłam pokój udając się na śniadanie.
Nie wiedziałam nawet, że Orthank rankiem, może wyglądać tak ciepło. Wydawało mi się zawsze, że ta wyniosła wieża, jest zawsze zacieniona i.. Trochę także wzbudzająca strach. Byłam wtedy jednak małą dziewczynką. Teraz mogłam w pełni zmienić pogląd, gdyż wszystkie te komnaty wyglądały cudownie skąpane w promieniach słonecznych. Świeże powietrze, delikatnie płynęło pomiędzy komnatami. Wszystko, wyglądało naprawdę pięknie i pozytywnie. Gdyby ktoś nie powiedział mi gdzie się znajdujemy, na pewno nie odgadłabym, że jest to Orthank.
Otworzyłam wrota sali, w której wieczorem jedliśmy kolację. Oczywiście na stole stało już wiele potraw, a przy nim siedział Gandalf z Naurem.
- Witaj Alicjo – uśmiechnął się przyjaźnie Gandalf.
- Witaj Gandalfie – odpowiedziałam tym samym. Gdzież to się podziali pozostali Istari?
Gandalf zaśmiał się serdecznie.
- Gdyby czekali aż wstaniesz, mogliby nie zdążyć do wyznaczonych celów. Zjedli śniadanie kilka godzin temu i wyruszyli w drogę. Każdy do innego miejsca, aby powiadomić niczego jeszcze nie świadomych ludzi o niebezpieczeństwie, które rodzi się w Mordorze..
- Rozumiem – pokiwałam głową z powagą.
Po zjedzeniu posiłku, Gandalf nalał nam ziół na wzmocnienie.
- Wydaje mi się, że masz jeszcze jakąś wątpliwość. Widzę to w twoich oczach – uśmiechnął się do mnie Gandalf.
- Właściwie dowiedziałam się wszystkiego.. Dziwi mnie tylko obecność Sarumana. Bo Orthank.. Odrodził się wraz ze złymi siłami, czyż nie?
- Tak.. Naur tez jest zaskoczony. Nie rozmawiałem z nim na ten temat, a więc słuchajcie oboje. Jest to trudna sprawa, ale znając was, zrozumiecie. Proszę was tylko o jedno – nie wydawajcie pochopnych wniosków.
Skinęliśmy głowami w milczeniu.
- Cóż.. Zacznę od tego, że Saruman w istocie nie umarł.. Widzicie, kochani.. Jeśli złe siły zostaną zniszczone przez dobre, to jest dość duża prawdopodobność, że się odrodzą. Oczywiście to działa też na odwrót. To, dlatego – przerwał na chwilę i zamyślił się, – ponieważ żeby tworzyć zło, które zawładnie światem potrzeba bardzo dużo.. siły, wkładu, mocy.. Jest to ogrom energii, która nie ginie.. Nie da się jedną bitwą, lub nawet kilkoma zniszczyć doszczętnie całego zła.
- Ale przecież tyle lat był spokój!- powiedział poruszony Naur- nie rozumiem do końca twych słów..
- Widzicie.. Zdarza się i tak, że zło zostanie zniszczone.. Całkowicie.. Jednak my mamy do czynienia z charakterystycznym przeciwnikiem.. Sauron był mocny.. Bardzo mocny.. I dlatego, że bardzo chciał powrócić to z prochów i ognia powrócił.. Wróćmy jednak do sedna waszych pytań. Saruman. Widzicie.. On zrozumiał swój błąd. Nie jest to drobna pomyłka, lecz błąd na skale lat, kto wie czy nie wieków.. Jednak gdy szczerym bólem, żalem, skruchą.. Nie można go odtrącić. Poza tym wybaczenie jest czymś bardzo ważnym..
- Rozumiem – powiedziałam cicho. To nie będzie proste, jednak skoro żałuje swoich czynów..
Naur spojrzał na Gandalfa, a potem na mnie.
- Ojcze! Skąd wiesz, że to nie spisek? Że nie kieruje się tylko i wyłącznie czystym wyrachowaniem? Przecież wiesz, że jeśli mamy zamiar przeciwdziałać takiemu złu, to nie możemy dopuścić do minimalnej pomyłki, a co dopiero by było, gdyby się okazało, że..
- Nie okaże się. Należy dać mu szansę. Orthank nie jest już jego siedzibą.. Jest to siedziba czarodziei.. Będziemy mogli bacznie śledzić jego poczynania. Spróbujmy..
Naur przysłuchiwał się całej dyskusji i nie musiałam czytać w jego umyśle, aby wiedzieć, że nie ufał Sarumanowi. Zresztą – ja też nie darzyłam go zaufaniem, lecz jeśli sam Gandalf zdecydował, że ten sposób rozstrzygnięcia tej sprawy jest właściwy.. Gandalfowi ufałam wyjątkowo. Widziałam, że on też wie, co robi.
Nagle Naur zamaszyście wstał z krzesła i spojrzał na Mithrandira.
- Czy coś takiego w ogóle można wybaczyć?
- Naurze.. Przecież znasz odpowiedź na to pytanie.. Wszystko można przebaczyć- odparł. Jednak żeby to uczynić, trzeba zrozumieć motywy działania tej drugiej strony.. Spróbuj nad tym pomyśleć.. To nie jest trudne.. Ukażą ci się wady. Bardzo zwyczajne, które często spotykasz. Będą one jedynie wyolbrzymione, ponieważ Saruman kierując się nimi narobił bardzo dużo zła..
- A więc.. Spróbujmy. – podsumowałam.
Gandalf podszedł do mnie i uśmiechnął się. Cieszę się, że masz takie serce.- szepnął. Naurowi jest trudno zrozumieć.. Ale..- zawahał się – zrozumie...


***

Po całym dniu wypełnionym rozmowami i spacerami po ogrodach, nadszedł wieczór. Siedziałam u siebie w komnacie, przy stole. W mojej głowie pojawiały się różne myśli. Ogólnie cieszyłam się, że wszystko wyjaśniło się. Nie musiałam tyle pytać – w końcu nadszedł ten czas. Nie umiałam jednak długo usiedzieć w miejscu.
Postanowiłam przejść się po Orthanku.
Chodziłam po różnych piętrach. Byłam w różnych komnatach. Podziwiałam piękno i wyniosłość stylu panującego w wieży. Po jakimś czasie, mimowolnie trafiłam przed drzwi wielkiej komnaty, w której w zamierzchłych czasach najczęściej przebywał Saruman. Chciałam zobaczyć, czy komnata ta, coś się zmieniła. Kiedy położyłam delikatnie dłoń na klamkę i już miałam ją nacisnąć, usłyszałam czyjś głos. Nie minęło dużo czasu, aż go zidentyfikowałam. „To Saruman!”- Szepnęłam. Dziwne było jednak to, że mówił do kogoś, prowadził rozmowę, jednak głosu tej osoby nie było słychać. Przyłożyłam głowę do drzwi komnaty wsłuchując się w jego słowa.
„Tak, mój panie.. Są bardzo naiwni.. Zwłaszcza ten staruszek Gandalf.. Jego dobre serce pasuje bardziej do hobbita, niż do czarodzieja. My, czarodzieje musimy mieć moc i siłę.. Nie możemy zniżać się do takich czynów jak przebaczenie czy współczucie. Musimy być chłodni jak lód. Jedynie wtedy jesteśmy silni..”
Nastąpiła chwila ciszy, jakby czarodziej słuchał teraz czyjejś wypowiedzi.
„ Tak.. Tego staruszka trzeba się pozbyć. Ja to zrobię..”
Byłam wściekła. Teraz, wiedziona złością, szybko otworzyłam drzwi. Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, była jakby szklana kula. Palentir – rozpoznałam. Saruman trzymał na niej dłoń.
- Alicja? Miło, że jesteś.. Muszę cię z kimś poznać.. – uśmiechnął się złośliwie.
- Mój panie – zaczął mówić, patrząc się przed siebie – oto Alicja.. Córka czarodziejów.. Wiesz, o kim mówię?
Spojrzałam nienawistnym wzrokiem na czarodzieja.
- Alicjo, mój pan mówi, że bardzo chciałby cię osobiście poznać – zaśmiał się strasznym śmiechem.
I znów zaniemówił, słuchając głosu swego pana.. Oczywiście Saurona..
- Oczywiście, panie. – odparł uśmiechając się. Po chwili zwrócił się do mnie. Sauron powiedział, że z chęcią będzie cię miał w swoich.. Dużo słyszał o twoich umiejętnościach.. Jesteś dla niego jak czarodziej.. Przydasz mu się..
- Nie ma mowy! Przenigdy w życiu! Wolę zginąć! – wykrzyknęłam i szybko odwróciłam się zmierzając ku drzwiom.
- Alicjo.. Chyba nie myślałaś, że po tym, co usłyszałaś cię gdziekolwiek wypuszczę. – Odparł uśmiechając się. Teraz masz dwa wyjścia.. W zasadzie – zamyślił się – trzy. Możesz posłusznie robić to, co ci każę, a więc.. Jak najszybciej dostać się do czarnej wieży.. Możesz też wybrać drugie wyjście.. Dość ugodowe.. Będziesz miała czas na rozmyślanie, kiedy staniesz się atrakcją ptaków drapieżnych na szczycie mojej wieży.. Możesz też – a myślę, że tego nie chcesz – ponieść śmierć na miejscu.. Z mojej ręki – uśmiechnął się złośliwie.. Co wybierzesz?
- Sarumanie.. Nie pamiętasz.. Gdy byłam małą dziewczynką Gandalf zabierał mnie do ciebie.. Byłeś wtedy koneserem sztuki.. Ogromnym czarodziejem.. Dopóki nie przeszedłeś na tę stronę! – wykrzyknęłam wskazując na Palentir. Pamiętam, jak uczyłeś mnie jak uzdrawiać chore Enty i rozmawiać z nimi..
Saruman zamilkł. W jego oczach pojawiło się jakieś nieznaczne światełko, które niemal błyskawicznie zgasło.
- Bzdura. – odpowiedział sucho wbijając wzrok w podłogę. Poza tym.. To nie jest ważne. Ważna jest siła, moc, władanie światem. Dzięki temu stałem się kimś! – wykrzyknął jakby broniąc się od dobra, które odezwało się gdzieś tam, głęboko w jego sercu.
- Stałeś się nikim! – Wykrzyknęłam.
Czarodziej widocznie się rozzłościł. Momentalnie złapał za swą podporę i nakierował ją na mnie złowieszczo patrząc mi w oczy.
- Nigdy tak nie mów. Nigdy. Nie chcę cię zabić. Przydasz się mojemu panu, a skoro on cię chce.. Zawsze byłaś wybitnie zdolna. Trudne zaklęcia przychodziły ci z łatwością.. Mogłabyś być taka wielka! Mogłabyś władać światem! Cały czas możesz! Powiedz tylko – tak..
- Nigdy! Ty i Sauron jesteście słabi..
W tym momencie Saruman zezłościł się nie na żarty.. Przybił mnie z całej siły do ściany poprzez moc płynącą z jego podpory.
- Odwiedzisz teraz szczyt Orthanku.. Zobaczymy, w jakim tempie zmienisz swą decyzję! – wykrzyknął powoli ponosząc podporę, dzięki której mógł przekazać swą siłę..
Zaczęłam się podnosić delikatnie do góry, gdy drzwi od komnaty otworzyły się z impetem..
- Zabiję cię, jeśli jeszcze raz ją dotkniesz! – usłyszałam...

the-white-wizard 2005-08-28 16:57:46
skomentuj (24)
"...Jest moim synem..."
- Miałaś szczęście. Rana jest głęboka, ale myślę, że szybko się zagoi. – Powiedział Naur myjąc ręce w pobliskim strumyku.
- Dziękuję Ci. Gdybyś się wtedy nie zjawił.. Nie wiem, co by było, ale prawdopodobnie zastałabym zakładniczką tych okropnych stworzeń. Cóż to za zioła, którymi mnie wyleczyłeś? Przyznam, że znam się na ziołach, lecz te, są nietypowe..
- Valia. Zioła czarod....- urwał. Chyba już czas się zbierać Alicjo.
- Tak.. Tylko nie ustaliliśmy jeszcze najważniejszego. Co jest naszym celem.. Ja muszę odnaleźć czarodzieja Gandalfa, nie wiem czy o nim słyszałeś?
W oczach mojego towarzysza pojawił się nieznaczny błysk, jakby iskra, w prawdzie prawie nie zauważalna, jednak byłam pewna, że coś go poruszyło.
- Naur? Czy coś się stało? Powiedziałam coś złego? – zapytałam już trochę przestraszona co odpowie mężczyzna.
- Nie. Przepraszam, zamyśliłem się. Ja też musze odnaleźć, Gandalfa, a chyba wiem gdzie go szukać – uśmiechnął się towarzysz. No już, ruszajmy.
Czas upływał szybko. Od tamtejszej rozmowy minęły jakieś dwie godziny, jednakże nie wymieniliśmy więcej ani słowa. Myśli pochłonęły mnie i prawdopodobnie mojego towarzysza także. Zastanawiało mnie, czemu urwał zdanie, które rozpoczął w odpowiedzi odnośnie mojego pytania. Czy on coś skrywa? Skąd zna Gandalfa? No i oczywiście gdzie zmierzamy, czy można mu ufać?
Odpowiedzi na te pytania wydawały się być niewiadome. Najlepszym odpowiadającym wydawał się być w aktualnym momencie czas.
- Zbliżamy się do celu – szepnął Naur.
I faktycznie – po chwili zauważyłam, że przed oczami zaczyna mi majaczyć jakiś obraz. Co więcej, mogłam już określić, iż jest to wysoka budowla, najprawdopodobniej wieża..
Kiedy podjechaliśmy bliżej, zobaczyłam ją. O, tak.. To była ta wieża.. Z moich ust wydobył się mimowolny jęk.
- N-naur?
- Tak?
- Ale to jest.. Na Elbereth.. To jest Orthank.. O ile to w ogóle możliwe..- wyszeptałam prawie zdrętwiałymi ze strachu ustami.
- Istotnie. – odpowiedział w zamyśleniu Naur.
Podniosłam brwi ze zdziwieniem.
- Chyba nic już nie jest w stanie mnie zadziwić. A czy wejścia strzegą Olifanty? – spytałam ironicznie.
Naur uśmiechnął się.
- Odpowiedź przyjdzie we właściwym do tego czasie – uśmiechnął się ponownie z satysfakcją.
- Mówisz jak Gandalf.. – zauważyłam.
Towarzysz nic nie odpowiedział. Zbliżaliśmy się do wejścia. Zsiedliśmy z koni, które najwidoczniej były zadowolone, bo zaraz po zdjęciu z nich bagaży odeszły kłusem na bok, jakby w ogóle nie zdając sobie sprawy gdzie tak właściwie się znajdują.
Podeszliśmy do wrót wieży. Otworzył nam je pewien strażnik.
- Naur – uśmiechnął się przyjaźnie – Chodźcie, wszyscy już na was czekają.
Ruszyliśmy po schodach, które były bardzo stare. Rozglądałam się dookoła i nie mogłam się nadziwić. Wszystko było bardzo piękne, wyniosłe. Ściany były przyozdobione wspaniałymi tkaninami, a drzwi komnat (nie wiedziałam jak wiele ich było, jednak wydawało mi się, że nie mała to liczba gdyż, co chwila mijaliśmy kolejne wrota..) były wspaniale rzeźbione lub kłute w zależności od danego piętra.
- Naur.. Ale ja mówiłam, iż chcę się spotkać z Gandalfem Białym.. Wiesz o kim mówię?
- Jak najbardziej, właśnie idziemy do komnaty gdzie przebywa wraz z innymi czarodziejami.
A więc to jakieś zebranie – pomyślałam.
W końcu stanęliśmy przed owymi drzwiami, za którymi miało się ono odbyć. Naur głęboko nabrał powietrza, a potem spokojnie je wypuścił. Weszliśmy.
Pod wrażeniem tego, co zobaczyłam, moje usta otworzyły się delikatnie i przybrały wyraz wszechstronnego zadziwienia.
Była to przepiękna komnata. Na jej środku stał wspaniały stół, suto zastawiony potrawami z napojami. Cała komnata była pełna świec, które nadawały tu wspaniały klimat i rozświetlały ją, gdyż za oknami widać było już czarną noc. Jednak nie to wszystko było najdziwniejsze. Przy owym stole siedziało pięciu czarodziejów. Pięciu Istarich. Stół miał kształt prostokąta; przy czym Saruman siedział przy jednym z jego krótszych boków (drugi był wolny, nie stało tam żadne krzesło). Przy jednym z dłuższych boków stołu zasiadali kolejnie: Radagast Bury, Morinehtar oraz Rómestámo. Drugi dłuższy bok, zajmował sam Gandalf, jednak stały obok niego dwa krzesła i nakrycia, co oznaczało, że czarodzieje kogoś oczekują, a tym kimś jesteśmy prawdopodobnie mój towarzysz i ja.
- Przyjaciele! – przerwał krępującą ciszę Gandalf- zebraliśmy się tu wszyscy, aby przedyskutować działania, które musimy podjąć, aby nie dopuścić do rozrostu siły Saurona, a także to, jak będziemy pomagać i chronić ludzi wraz z innymi dobrymi istotami gdyby sprawy zaczęły się wymykać spod kontroli. Nasza organizacja jako czarodziejów wysłanych, aby pomóc nie była najlepsza podczas ostatniej Wojny o Pierścień.. – przerwał i zamyślił się chwilę – Tak, więc.. Myślę, że należy to zmienić..
- Gandalfie?- spytałam dość niegrzecznie i spojrzałam się pytającym wzrokiem na czarodzieja.
Istari zlekceważył to i zmienił temat.
- Uważam jednak, że przede wszystkim najpierw należy się posilić, a przede wszystkim posilić muszą się na pewno nasi przyjaciele- Gandalf spojrzał w naszą stronę- a więc wieczerzę uważam za rozpoczętą!
I tak się stało. Czarodzieje jedli i toczyli trudne rozmowy; analizowali błędy, które popełnili podczas Wojny o Pierścień. Ja nie byłam głodna. Wszystkie te sprawy wywarły na mnie ogromne wrażenie, ale wydawało mi się, że rysuje się w mojej głowie pewien schemat. Wiedziałam na pewno, iż czarodzieje powrócili, aby pomóc dobrym istotom na ziemi; wiedziałam także, że zło obudziło się znowu i może uderzyć z wiele większą siłą. To wszystko rozumiałam. Jednak.. Największym zdziwieniem było to, iż właściwie znajdujemy się w Orthanku– jednej z dwóch ogromnych siedzib zła, i na dodatek jemy wieczerzę z czarodziejem, który postąpił tak strasznie.. Nie potrafiłam tego zrozumieć..
- Gandalfie? Saruman.. O co chodzi?- szepnęłam do Gandalfa, gdy inni byli zajęci rozmową.
- Potem porozmawiamy. – odparł Gandalf patrząc mi głęboko w oczy.
Skinęłam głową. Kiedy posiłek się zakończył, Mithrandir znów przemówił.
- Wielką przyjemność sprawiła mi wieczerza z wami. Powrócę do was, jednak najpierw chciałbym odprowadzić naszych gości do komnat. Są na pewno bardzo zmęczeni.
- Dobrej nocy- powiedziałam wstając od stołu i uśmiechając się do czarodziejów, których przecież znałam od dziecka, z którymi spędziłam wiele czasu, a teraz.. Czułam się tak niepewnie, iż nie chciałam nawet podejść do każdego z nich i go uściskać, aby nie zrobić czegoś niewłaściwego. Wszystko to wydawało się nierealne, jednak starałam się nadążać za tym, co każdy z nich mówił.
Wyszliśmy z komnaty. Odetchnęłam z ulgą.

- Gandalfie, cóż to się dzieje? Wszyscy Istari razem? Na czele z...Sarumanem?- wycedziłam ostatnie imię przez mocno zaciśnięte zęby. Znajdujemy się w Orthanku.. Jestem naprawdę wyjątkowo zadziwiona.
- No, cóż – uśmiechnął się Gandalf- Nic dziwnego kochana, któż by nie był- A teraz chodźcie zaprowadzę was do komnat.
Szliśmy po tych znanych mi schodach, a ja wydawałam się być jeszcze bardziej zadziwiona niż przed tym, jak przyjechaliśmy.
- To wasze komnaty- wskazał ręką Gandalf- Są bardzo wygodne, a więc wydaje mi się, że szybko uśniecie i nabierzecie sił na nowe.. wyzwania- dokończył Gandalf i zaśmiał się ciepło. Jest jeszcze coś, o czym nie wiesz..
- Mój drogi, jestem bardzo ciekawa. Nic nie jest w stanie mnie dziś zadziwić, więc.. Słucham.
- Nie bądź taka pewna..- skomentował Naur.
Gandalf spojrzał na niego spod krzaczastych brwi karcącym wzrokiem. Jednak po chwili podszedł bliżej niego i przemówił.
- Alicjo.. To jest Naur..
- No tak, to już zdążyłam zauważyć – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
Gandalf spojrzał teraz z kolei w moją stronę tym samym karcącym wzrokiem, którym zmierzył Naura.
- Ech... Chyba nigdy nie zdołam was nauczyć, abyście byli bardziej...Kulturalni?- spojrzał pytająco- Ale to nie o tym miałem mówić. Bo widzisz Alicjo.. To jest Naur.. Naur jest.. Jest moim synem...

the-white-wizard 2005-07-28 20:24:06
skomentuj (22)
Naur
Tą część opowieści dedykuję Lúthien Anarion. W podziękowaniu za dedykację dla mnie:)=*
A więc - czytajcie:))
Dzisiaj troche dłuższy odcinek:P:))


***


Kiedy księżyc ustąpił miejsca pięknej i ognistej kuli, nastał ranek. Nie było jednak bardzo parno, gdyż pędzący, lodowaty i złowieszczy wiatr skutecznie rozwiewał wszystkie ciepłe miejsca na ziemi.
Podniosłam się z legowiska i ku swemu zdziwieniu ujrzałam, że Cienistogrzywy zniknął. Prędko wybiegłam na gościniec i głośno, lecz melodyjnie zagwizdałam, a dźwięk ten rozniósł się stopniowo po całym lesie. Po chwili usłyszałam znajome mi rżenie.
- Shadowfax – szepnęłam ze zdumieniem. Twe kończyny są wyleczone! W istocie ogromna jest siła magicznych ziół.
Koń jakby w podziękowaniu, podszedł bliżej mnie i położył swój ciężki łeb na mojej szyi. Objęłam szyje wierzchowca a następnie spojrzałam mu głęboko w oczy. Tak mądre, pewne siebie...Mówiące tak wiele..
Nagle usłyszałam czyjś głos, zza pleców.
- Piękny wierzchowiec.
Odwróciłam się szybko i zobaczyłam młodego mężczyznę o promiennym uśmiechu. Był dość wysoki. Wystraszyłam się trochę, gdyz nie wiadomo co może się zdarzyć, a osobnik stanowczo chciał toczyć długo rozmowę na co nie miałam czasu. Odwzajemniłam uśmiech, lecz nie tak jako on- bardziej nieufnie i krótko.
- Co tu robisz, pani? To niebezpieczny las. Nie powinnaś podróżować sama.
- Jasne - przygryzłam wargę. Czy proponujesz mi tymi słowy swoją obecność? – Rzuciłam niezbyt przyjaznym, lecz pewnym siebie tonem.
- Jak najbardziej.
- A więc, przyjmij do wiadomości, iż radzę sobie sama świetnie a ponad to, mam mało czasu, więc wybacz, ale..
- Pięknie wyglądasz – zmierzył mnie wzrokiem i wyszczerzył zęby w ogromnym uśmiechu.
Moja twarz przybrała kolor młodego buraka. W istocie suknia nie wyglądała już jak suknia, lecz jak jakaś porwana tkanina.
- Wybacz, ale nie mam czasu na nie prowadzące do niczego rozmowy – dokończyłam poprzednie zdanie, jakby nie zwracając uwagi na kąśliwe stwierdzenie mojego rozmówcy.
Po tych słowach wsiadłam na konia i pogalopowałam przez las. W chwili zrobiło się bardzo ciemno. „To niebezpieczny las”... Przypomniałam sobie słowa napotkanego mężczyzny. Bzdura!! – Pomyślałam. Starałam się o tym nie myśleć jednak jak to zwykle bywa, słowa te utkwiły w mojej pamięci dosyć głęboko.
Jednak po jakiejś godzinie jazdy uspokoiłam się. Nic się nie działo, przyroda nie dawała po sobie poznać jakiegokolwiek znaku, że coś może czaić się w lesie. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam myśleć gdzie teraz pojadę i gdzie mogę spotkać Gandalfa i może, dowiedzieć się czegoś więcej.
Niestety jednak, myśli pochłonęły mnie tak bardzo, iż nie usłyszałam dźwięków, które powinnam była usłyszeć. Nagle, stało się to już jasne. Chrapliwe i złowieszcze głosy orków, dobiegały do mych uszu wręcz zewsząd i po chwili zauważyłam, że jestem otoczona. Prędko wyciągnęłam miecz w pochwy i chciałam ruszyć z nim przed siebie, lecz Cienistogrzywy tylko zarżał i zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę.
Nagle zauważyłam, że zbliża się ku mnie jeden z orków. Był chyba jakimś wodzem, gdyż wyraźnie wyróżniał się spośród innych. Jego ciało było ogromne i bardzo rozbudowane, a skóra wydawała się być jeszcze bardziej czarna, niż skóra innych orków.
- Hrr...Ona- Człowiek sama w lesie. Lesie orków... Co teraz będzie??- Zaśmiał się okropnym głosem.
- To nie wasz las!! Wynoście się stąd!- Wykrzyknęłam nerwowo szukając wzrokiem punktu, który byłby wolny od rojących się wręcz orków.
Jednak nikt nie odpowiedział. Zdawało się, że orkowie, mnożą się, że z minuty na minutę jest ich coraz więcej. Usłyszałam chrapliwe śmiechy tych okropnych stworzeń.
- Tak...Ona-Człowiek się nam przydać i to bardzo..- Próbował kalecząc układać słowa w zdania mowy wspólnej ork- Tylko, chłopcy co z nią zrobimy?- I tu zaśmiał się okrutnie.
Jakiś ork wyszedł z szeregów i spoglądając przenikliwie na mnie przemówił.
- Ja ją wezmę, Erah – i po tych słowach w jego oczach pojawił się jakiś podstęp.
- Ani mi się waż, ty szczurze! Dziewczyna jest moja i zrobię z nią, co będę chciał- spojrzał na mnie.
- Zabijmy ją, Erah. Jestem głodny!- Krzyknął jakiś ork z oddali.
Po tych słowach orkowie zaczęli skandować: „ zabić, zabić, zabić....”.
- Nie. Takich wrażliwych istotek się nie zabija – powiedział ironicznie z błyskiem w oczach wódz
Wódz, po czym podszedł do mnie i wykonał gest jakby chciał mnie ściągnąć z konia, jednak Cienistogrzywy zarżał i kopnął go prosto w twarz.
Ork skrzywił się z bólu, lecz szybko wstał i wyjął coś na kształt miecza, jednak o wiele szersze i..Ubarwione krwią..
- Zabijcie tego konia. A ja się zajmę dziewczyną.- Spojrzał się na mnie- Od teraz ja tobą rządzę. Masz robić, co ci każę.
- Nigdy nie będziesz miał nade mną władzy, ty...Szczurze!!- Wykrzyknęłam w furii.
W tym momencie wszyscy orkowie zwrócili swój wzrok na swego wodza. Ten podszedł do mnie i z całej siły uderzył mnie w twarz.
- Nigdy nie mów w ten sposób do wodza, bo...Pożałujesz.- Ork odszedł zanosząc się pełnym złośliwości śmiechem...
Nagle, śmiech ucichł i usłyszałam jak ciało wodza obala się na ziemię. Po chwili, strzały zaczęły zabijać innych orków, co wzbudziło w nich strach, ponieważ nie było widać skąd się biorą. Część orków zaczęła uciekać, lecz kilku z nich przybiegło w moim kierunku. Szybko ruszyłam ku nim i biorąc potężny rozmach skróciłam 2 z nich o głowę. Popędzałam konia i galopując przed siebie zabijałam kolejnych orków, którzy najwidoczniej mieli nadzieję, iż uda im się jednak zjeść kolację składającą się z mnie i mojego wierzchowca.
Po jakimś czasie, chrapliwe krzyki orków ucichły i można było zobaczyć tylko ich ciała leżące na ziemi.
Nagle poczułam, że ktoś dotyka mojego ramienia. Szybko zorientowałam się, że to ten sam mężczyzna, którego spotkałam dziś na skraju lasu.
- Co robisz?!? – Szepnęłam zdenerwowana.
- No cóż, Alicjo, wydawało mi się, że uratowanie ci życia i próba zatrzymania krwi, która cieknie ciurkiem z twego ramienia zostaną lepiej wynagrodzone.
Spojrzałam się ku niemu. Teraz, kiedy jechał na wierzchowcu obok mnie mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Był bardzo przystojny. Jego czarne włosy rozwiewał wiatr, a ciemno zielone oczy wydawały się być niezmiernie głębokie.
- Yy...Bo widzisz...Przepraszam, znaczy dziękuję i jeśli chcesz to możesz za mną podążać i w ogóle dobrze by było jakby ktoś mi zatamował tą krew z ramienia..
- No, znacznie lepiej. – Uśmiechnął się towarzysz.
- Tak właściwie, to skąd znasz moje imię? Jak ciebie nazywają?
- Po prostu znam. Jestem Naur.. A teraz może przystańmy, bo coś mi się zdaję, że ta ręka nie wygląda najlepiej.
- Dobrze – uśmiechnęłam się do towarzysza – I...Jeszcze raz przepraszam.
- Nie ma za co. No, chodź już, bo zmrok zapadnie zanim opatrzmy to ramię...



the-white-wizard 2005-07-01 16:40:28
skomentuj (15)



Special for Alicja

.:Księga:.

|Dopisz|
|Czytaj|


.:Zapisane:.

2007
czerwiec
2006
styczeń
2005
listopad
sierpień
lipiec
czerwiec



.:Biblioteki:.

*Ukochani*
Jowi
Armena
Elenwen
Morbein
Auril
Arven Light of Gondor
Arya
Faelwen
Krąg Niezwykłych
Egleriel
Altharias
Almarea
Lady Undomiel
Last Unicorn
Luthien Anarion
Isill
Amaltea
Amereth
Simple
Elbereth
Arwen Eveningstar
Lothron
Gwiazdooka
Lady Galadriel